Włoska robota, czyli jak ekipa 60+ podbiła Sycylię i nie dała się Etnie

Mówią, że wiek to tylko liczba, ale po tygodniu na Sycylii jesteśmy przekonani, że to raczej liczba pokonanych kilometrów, wywiezionych pamiątek i wypitych espresso! 6 października 2026 roku nasza 34-osobowa (+18 osób z Uniwersytetu Każdego Wieku z Poznania) wspaniała ekipa w wieku 60+ wyruszyła na podbój włoskiej wyspy z jasnym celem: poczuć prawdziwe dolce far niente (słodkie lenistwo). Reality check nastąpił jednak szybko, bo program był napięty jak struna w skrzypcach, a nasz pilot Piotr bez mrugnięcia oka serwował kultową zasadę: „Śpicie, ile chcecie, ale o 7:00 jest śniadanie, a o 8:00 wyjazd!”. I co? I daliśmy radę! Bez taryfy ulgowej, ale za to z uśmiechem i wielkim apetytem na życie.

Dzień z „tupecikiem”, czyli randka z Etną

Sycylijska przygoda nie mogłaby się zacząć inaczej niż od spotkania z Królową. Pani Etna (jak na dumną damę przystało) towarzyszyła nam właściwie przez cały wyjazd, majestatycznie dymiąc z krateru północno-wschodniego. Raz wyglądała, jakby założyła uroczy „tupecik” z chmury, innym razem puszyła się pulchnym pióropuszem.
Z Sant’Alessio Siculo (gdzie mieszkaliśmy 4 doby) dotarliśmy do poziomu granicznego (ok. 1900 m n.p.m.), gdzie spacerowaliśmy po pustyni wulkanicznej wokół kraterów Sylwestrii (powstałych po pęknięciu w 1892 roku). Widoki? Po prostu kosmos! Dowiedzieliśmy się, że ponad 300 kraterów bocznych to takie „jednorazówki”, o których wulkan szybko zapomina, ale o nas Sycylia na pewno nie zapomni.
Mieszkańcy pobliskiego Zafferana mieszkają tu na własną odpowiedzialność, przyzwyczajeni do wstrząsów tektonicznych i alertów. A my? My smakowaliśmy życie w cieniu wulkanu z pełnym spokojem – w końcu nasza przewodniczka, pani Ewa, z niezwykłą skutecznością odpędzała wszelkie chmury deszczowe!

Katania, cappucino i cycuszki św. Agaty

W Katanii – mieście dumie wybudowanym z czarnego bazaltu – szybko przestawiliśmy się na włoski rytm. Nasz pilot i przewodnicy (w tym niezastąpiona pani Helena, która prostowała wszystkie dramatyczne doniesienia medialne o rzekomych wybuchach i podtopieniach) dbali o nasz dobrostan na każdym kroku.
Złota zasada poranka: „Cappuccino pijemy tylko do 13:00! Potem wyłącznie czarne americano lub espresso”. Ale spoko – jako wycieczka z Polski szybko wynegocjowaliśmy, że „nam przecież wolno inaczej!”.
Katania zachwyciła nas secesyjnymi kamienicami, pamiątkami po wizycie Szymborskiej, a przede wszystkim lokalnymi przysmakami. Obowiązkowo zaliczyliśmy arancine (chrupiące ryżowe kule) oraz kultowe ciasteczka św. Agaty (pieszczotliwie zwane „cycuszkami”). Nawet chwilowa ulewa, która zamieniła uliczki w małą powódź, nie zdołała zepsuć nam nastrojów.

Taormina i Syrakuzy: od gladiatorów po katharsis

Kolejne dni to prawdziwa podróż w czasie. W Taorminie utknęliśmy w niesamowitym tłoku i korkach, ale widok z doskonale zachowanego teatru (pamiętającego zarówno Greków jak i rzymskie walki gladiatorów) wynagrodził wszystko. Nic dziwnego, że zachwycali się nim Iwaszkiewicz i Szymanowski!
W Syrakuzach i na urokliwej wyspie Ortygia weszliśmy głębiej w świat starożytny. Byliśmy w teatrze antycznym i w jaskini zwanej Uchem Djonizjusza. Przewodnik przypomniał nam o pojęciu katharsis i duchu Ajschylosa, Sofoklesa czy Eurypidesa. Rozważaliśmy też losy genialnego Archimedesa – tego od prawa wyporu i straszliwych luster podpalających rzymskie okręty. Zadumaliśmy się nad pytaniem: „Dokąd zmierza ludzkość?” i nad faktem, jak niesamowita (i często okrutna) jest nasza historia.
Nie omieszkaliśmy wpaść do Katedry w Syrakuzach, budowanej na kolumnach dawnej świątyni greckiej, skosztować tradycyjnej Pasta alla Norma i zjeść ciasteczka z oczami św. Łucji. Widzieliśmy też bajkową Fontannę Aretuzy z papirusami. A w drodze do barokowego Noto przypomnieliśmy sobie, że marzenie o kwitnących migdałach spełni się dopiero w lutym, ale odrodzone po kataklizmie z 1693 roku Noto (zwane kamiennym ogrodem) i tak zwaliło nas z nóg.

Sycylijska kultura na wesoło: przepis na przeżycie

W trakcie wyjazdu opanowaliśmy sycylijską codzienność do perfekcji:

  1. Sygnalizacja świetlna: czerwone światło na Sycylii to nie zakaz, to po prostu delikatna sugerowana propozycja.

  2. Gastronomia: w Osterii i Trattorii jemy przekąski, w Enocece pijemy wino, w Spaghetterii pałaszujemy makaron, w Rosticcerii chwytamy krewetki, a w barze zamawiamy złotą kawę al banco (stanowczo przy ladzie!).

  3. Słodkości: gelato (lody) zawsze i w każdej ilości!

  4. Symbol Sycylii: – Trinacria (głowa Gorgony z trzema nogami) – pozdrawiała nas z każdego szyldu.

  5. Autostrada i kierowcy: Podziwialiśmy lokalną logistykę, 6 km bulwaru w Palermo usianego źle zaparkowanymi autami i tajemniczą 80-letnią „Donnę” – królową autostrad, która od lat nie odnawia prawa jazdy, a i tak rządzi na drodze!

  6. Sąsiedzkie relacje: wszędzie towarzyszyło nam franciszkańskie pozdrowienie Pace e Bene (Pokój i Dobro). Zrozumieliśmy, że choć na świecie bywa głośno od zła, to dobro i tak zawsze cicho wygrywa.

Cefalù, Palermo i wielki finał

W Cefalù podziwialiśmy monumentalną XI-wieczną katedrę z pięknymi mozaikami przedstawiającymi Chrystusa Pantokratora oraz niezwykle pomysłowe, malutkie pojazdy dostosowane do ciasnych uliczek.
A potem przyszło Palermo! Miasto tętniące życiem (1,2 mln mieszkańców), gdzie zapach świeżego miecznika mieszał się z aromatem wyciskanej spremuty (świeżego soku z cytrusów) i oliwy z oliwek. Zobaczyliśmy wspaniałą katedrę z elementami arabskimi (z wpisaną kartą z Koranu na kolumnie), architekturę normandzką oraz miejsca upamiętniające bohaterów – Falcone i Borsellino. Pani Viviana, rodowita palermiczanka, udowodniła nam, że w Palermo żyje się wspaniale, a tradycja i wartości rodzinne są tu cenniejsze niż szalony pęd współczesnego świata.
Nasza podróż była też czasem integracji i świętowania. W sobotę wyśmienicie świętowaliśmy wspólne urodziny Piotra, Eli, Lucyny-Łucji i Grzegorza!

Daliśmy radę!

Choć czasem tempo było szalone, a w hotelach spotykaliśmy opowieści o „żydowskich windach”, które zatrzymują się bez pytania na każdym piętrze – nasz pilot Piotr udowodnił, że „sprawy niemożliwe załatwia od ręki, a na cuda trzeba po prostu poczekać 3 dni”.

Wracamy wypoczęci, pełni widoków, wzruszeń i pamiątkowych puszek z oliwą. Sycylia pokazała nam swoje bezcenne oblicze: tradycję, odrobinę artystycznego chaosu, mnóstwo serca i dowód na to, że najważniejsze w życiu są relacje, dobre jedzenie i poczucie humoru. Ekipa 60+ melduje wykonanie zadania – Sycylia zdobyta! 13 października wróciliśmy w komplecie do domu.

tekst Barbara Kaczmarek
Zdjęcia: Mariola Pietek, Elżbieta Kuśnierek, Barbara Kaczmarek, Janusz Śmiechowski

Przydatne linki